Zimowa opowieść
Czwartek, 20 lutego 2014 15:35

Biedny, lecz poczciwy Peter Lake – najlepszy złodziej w Nowym Jorku, podczas próby ucieczki od przestępczego życia i wrogiego pracodawcy, poznaje urodziwą panienkę z dobrego domu.  Romans jakich wiele? I tak, i nie.

  
 

 
Miłość od pierwszego wejrzenia, jak to zwykle bywa, zdaje się być ślepą na wszelkie przeszkody – śmiertelną chorobę dziewczyny, różnice społeczne, a nawet diabolicznego Pearly’ego, nieustępliwie ścigającego kochanków… Romans jakich wiele? I tak, i nie.
 

Tak, ponieważ film Goldsmana opowiada historię starą jak świat – on poznaje ją, nie mogą przestać o sobie myśleć, pragną być razem za przekór wszystkim, w swych objęciach odnajdują największe szczęście, ale na drodze do spełnienia staje zawsze to coś – choroba, śmierć, rozłąka.

 

Nie, ponieważ melodramatyczny wątek czystej jak łza miłości stanowi tylko ułamek „Zimowej opowieści”. Twórcy filmu, którego scenariusz oparto na kanwie powieści Marka Helprina, serwują widzom znacznie więcej niż rozkochane oczy i wyznania dozgonnej wierności. Mam nadzieję, że nie zdradzam zbyt wiele, pisząc iż w „Zimowej opowieści” aż roi się od nieprawdopodobnych, bajkowych elementów – latających koni, spełniających się cudów, aniołów i diabłów. Dzieło Goldsmana przypomina bowiem najmocniej bajkę – prostą, momentami naiwną opowiastkę, traktującą o walce dobra ze złem, boju toczącym się w każdej ludzkiej duszyczce, sile ludzkich marzeń i nadziei, oraz o uczuciu trwającym po kres czasu.

 

Jednakże, pomimo wspomnianej naiwności, podczas projekcji nieustannie towarzyszyło mi uczucie, że intencje reżysera i reszty ekipy są jak najbardziej szczere i dobroduszne. Że ich dzieło jest właśnie tym, czym miało być – sentymentalną i wzruszającą historią miłosną. A ponieważ „Zimową opowieść” nie łatwo ocenić jako jednoznacznie dobrą lub złą, pozwolę sobie wyliczyć te elementy, które zdecydowanie działają odbiorowi filmu na korzyść, oraz te, które niestety nie pozwalają w pełni cieszyć się seansem.

 

 


 

 

Do plusów produkcji z pewnością należą: piękna, wzruszająca historia miłosna, wprost zachwycająca niewinnym i czystym urokiem charakteryzującym pierwsze życiowe zauroczenia; ładnie sfilmowane efekty świetlne – przemyślane i zawsze adekwatne do biegnącej wartko akcji; ciekawa charakteryzacja; nierażące i dopracowane efekty specjalne; niespodziewana rola Willa Smitha (takiego go jeszcze nie widzieliście!); a także coraz rzadziej spotykana w kinie hollywoodzkim chemia wibrująca między aktorami wcielającymi się w główne postacie – Jessicą Brown Findlay (świeżą, śliczną, naturalną) i Colinem Farrellem. Ich ekranowy duet to najjaśniejsze światełko w „Zimowej opowieści”.

 

Twórcy nie uniknęli także błędów. Jak wiadomo - co za dużo, to nie zdrowo – a tu wrzucono zbyt wiele symboli, magicznych wątków, skrzydlatych myśli, morałów. Sporym minusem jest też zbyt proste, banalne „łączenie kropek” – mam na myśli wydarzenia, nielogiczne decyzje, motywacje i postępowanie bohaterów prowadzące ich od jednej perypetii do drugiej – jak po sznurku, na skróty, bez chwili na samodzielną refleksję. Bez tych uproszczeń może łatwiej byłoby nam – widzom, uwierzyć w tę pełną magii bajkę. Najbardziej irytujący był natomiast moralizatorski głos narratora, zamęczający widzów światłymi wnioskami, mdłymi pouczeniami o życiu, miłości i przeznaczeniu.

 

Kto zatem powinien dobrze się bawić podczas wieczoru spędzonego z „Zimową opowieścią”? Niepoprawni romantycy, zakochani, osoby wierzące w baśnie i czystość ludzkich dusz, a także fani urody i akcentu Colina Farrella. Kto się rozczaruje? Sceptycy, pragmatycy, widzowie wymagający od kina czegoś więcej niż kolejnej historii o miłości…

 
 
Kinga Baranowska-Jaworek
 
 
 
 
 
 
Który język obcy chciałbyś doskonale znać?
 
Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 

 
 
 
© 2009-2014 www.eSpinacz.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.
Pomoc przy aktualizacji serwisu - Coffeewebsite.pl