Specter At The Feast [recenzja]
Sobota, 24 sierpnia 2013 12:34
Gdy do mojej świadomości trafił fakt, że zespół Black Rebel Motorcycle Club nagrał siódmy już album, bardzo się ucieszyłam, ponieważ ekipę z San Francisco bardzo lubię. Ale czy siódemka w dyskografii okazała się szczęśliwa?    
 

 

 

Mimo ogromnej liczby kawałków, zarówno na tym wydawnictwie jak i na poprzednich ja i tak mam swój „number one”. Mam oczywiście na myśli song „Rifles”. Jak dla mnie (do tej pory rzecz jasna) to ich najlepszy utwór ever. Słyszycie/widzicie? NAJLEPSZY. Na „Specter At The Feast” znajdziemy 15 songów, z czego trzy są bonusami z iTunesa. Okładka wygląda niczym stara książka z biblioteki, której nikt nie chciał przez lata wypożyczyć bądź przeciwnie – ciągle lądowała w innych mieszkaniach, o czym może świadczyć stan tejże oprawy.

 

 

 


„Fire Walker” posiada piękne instrumentarium. „Let The Day Begin” – co za forma, co za gitary! Szkoda, że z wokalem coś słabiutko. Sposób śpiewania w tym utworze wydaje się być przewidywalny. „Returning” byłby świetnym OST’em do wzniosłych scen w poważniejszych, pod względem fabuły, filmach. Przykładowo w chwili, gdy ktoś lub większa grupa osób odnosi sukces czy też w momencie osobistego szczęścia. W „Lullaby” mamy piękne, wakacyjne, dosłownie kołysankowe intro. No i nadeszła pora na „Hate The Taste”. Słyszymy tutaj ładne gitarowe zacięcie, refren, który mi towarzyszy codziennie na każdej ścieżce, nie ważne czy jestem z psem czy idę do kuchni w celu zaparzenia herbaty. Piosenka zasługuje na 80 gwiazdek w skali 10. „Rival” – od razu czujemy ten „kop”, jest moc zaledwie po kilku sekundach! Ten utwór delikatnie kojarzy mi się z twórczością AC/DC (zwłaszcza w 01:54), choć teraz tak myślę, że chyba nie powinnam porównywać amerykańskich muzyków do królów siarczystego rocka. Kompozycje trzymają ładny, rockowy poziom. Słuchając „Teenage Disease” zastanawiałam się: „No kurczę! Czemu cała płyta nie ma takiej energii?!”. Za chwilę będzie mały przeskok nastrojowy. Mam na myśli song „Sometimes The Light”. Moje podwyższone ciśnienie spowodowane poprzednim kawałkiem zaczyna gwałtownie spadać, by za chwilę znów wzbić się w górę. Co do samej piosenki możecie mieć wrażenie, że znaleźliście się w kościele. Wszystko na to wskazuje: spokojna atmosfera utworu i te wybijające się melodie niczym organy… No i mamy! „Funny Games”. Znowu w myślach powiedziałam sobie „O, to jest to!”. Z każdej słuchawki wydobywa się bogactwo dźwięków, wokal jest tutaj czysty, dobrze nagrany i mnie nie denerwował. Reasumując: piosenka ocieka wszystkim co dobre i muzycznie doskonałe, istna magia zaczyna się od 02:49 i z każdą sekundą jest jeszcze lepiej, bardziej hard rockowo. No bomba! „Sell It” – występuje tutaj ładna partia perkusyjna na dobry początek utworu. Żadne inne słowo tutaj nie pasuje jak zachwyt. Zachwycajmy się tym! A za chwilę znowu będzie obniżanie mojego i zapewne Waszego ciśnienia… Przed Państwem kompozycja – „Lose Yourself”. Jest to spokojny, ładny prawie 9-cio minutowy utwór. Za ładny. Taka lekka ballada, ani za mdła, ani za poważna. Mam bardzo pozytywne odczucia i nastawienie do tej piosenki. Płytę kończy iTunes’owy dodatek – „Angel Baby”. Krew gęstnieje (znowu, to zaczyna się robić nudne), oczy same się zamykają. A uszy? Nie, nie więdną. No dobrze, podsumowując już na serio. Nastrojowo płyta dość skrajna, co wcale nie oznacza, że jest beznadziejna. Kawałki wpisują się mocno w pamięć i z pewnością obok całego krążka nie można przejść obojętnie. I wanna ride with you (x3), why won’t you take me there?

 

 

 

 
 
Annamaria Stawska
 
 
 

 
 
Który język obcy chciałbyś doskonale znać?
 
Naszą witrynę przegląda teraz 108 gości 

 
 
 
© 2009-2014 www.eSpinacz.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.
Pomoc przy aktualizacji serwisu - Coffeewebsite.pl