Wszyscy jesteśmy politykami
Niedziela, 20 grudnia 2009 13:28
Czym jest dobro wspólne? Czy polityka jest moralna? Opiera się na kompromisie czy na rywalizacji? Między innymi na takie pytania starali się odpowiadać uczestnicy debaty oksfordzkiej pt. „(BEZ)ŁAD W POLITYCE”, zorganizowanej przez Koło Naukowe Politologów Uniwersytetu Śląskiego Ośrodka Dydaktycznego w Rybniku.
 
 
.
Naprzeciw siebie usiedli przedstawiciele ugrupowań parlamentarnych: PiS – Tadeusz Gruszka, PO – Marek Krząkała, PSL – Marian Ormaniec, SLD – Stefan Dąbkowski oraz przedstawiciele świata nauki: dr Jan Czempas, ks dr Rafał Śpiewak, dr Robert Radek oraz Krystian Szytenhelm. Argumentację dwóch składów oceniali: dr Tomasz Słupik i Jacek Filus – redaktor Polskiego Radia Katowice. Politycy bronili tezy o ścisłym związku polityki z moralnością, o tym, że opiera się na kompromisie i jest czytelna. Z kolei politolodzy mieli za zadanie sfalsyfikować ten pogląd, udowadniając rywalizacyjny charakter polityki, jej amoralność. Debatę zdecydowanie przegrali politycy, jednak nie jest to powód, aby ich dręczyć, ale raczej okazja, by zastanowić się, jaka jest w istocie natura polityki?
 
 
 
W zasadzie pytanie o moralność zmusza do sięgnięcia po spuściznę dwóch wielkich filozofów, których słowa namawiają do zastanowienia, a jednocześnie są natchnieniem do osobistych peregrynacji po meandrach świata polityki. Z jednej strony Arystoteles, który mówi: „dobrem jest to, czego pragnie i ku czemu dąży podmiot na pożytek własny bądź cudzy”. Słowa filozofa nasuwają pytanie o to, czy dobro jest uniwersalne? Jakie zasady moralne obowiązują w warunkach liberalnej demokracji? Nie bez znaczenia w szukaniu odpowiedzi na powyższe pytania ma poziom debaty publicznej, język obowiązujący w dyskursie politycznym. Właśnie na poziomie jakości języka odbywa się artykulacja potrzeb społecznych przez poszczególne grupy interesu. Następnie „sprawy” stają się przedmiotem dyskusji (np. parlamentarnej, czy szerzej - publicznej), a w sposobie i stylu wyrażania oczekiwań, zarówno przez społeczeństwo, jak i polityków, leżą tzw. „wartości początkowe demokracji”. Na tych wartościach (sprawiedliwość, uczciwość, przejrzystość) powinno się budować dialog między elitą a społeczeństwem. Wnikliwy czytelnik z całą pewnością zdążył zauważyć, że nie tylko politycy są winni niskiego poziomu debaty, ale także społeczeństwo. „Jakie społeczeństwo, tacy politycy” albo inaczej – jaki poziom kultury społecznej, taki poziom debaty publicznej. Im bardziej wymagający język debaty, im mniej spłycony, tym większe oczekiwania wobec polityki. Politycy, od których „czegoś chcemy”, będą bardziej dbali o „wartości (początkowe)” niż ci, wobec których nie będzie wymagań, od których społeczeństwo będzie się odcinać, podkreślając dystans dzielący je od władzy. 
 
 
 
Z drugiej strony Jean Jacques Rousseau, który podkreśla element „woli powszechnej współdecydujących o rozwoju państwa, które będzie broniło całą wspólnotę, i dobro każdego członka”. Współcześnie dokonuje się pewne przemieszczenie „woli powszechnej”, która jest realizowana przez wolę indywidualną. Każdy członek państwa realizuje „wolę powszechną” zgodnie z własnymi przekonaniami, działając na rzecz rozwoju wspólnoty. Ostatnie zdanie, może stanowić interesującą definicję społeczeństwa obywatelskiego. Ważne pytanie, które doprowadzi nas po raz kolejny do wniosku o współodpowiedzialności za wspólnotę brzmi: czy rozwój społeczeństwa obywatelskiego sprzyja przestrzeganiu zasad moralnych? Jeżeli społeczeństwo obywatelskie, jakiego chciał filozof, jest społeczeństwem „nie-wyłączonych” (zawiera etyczna „substancję” – działanie na rzecz innych), to czy wraz z rozwojem form aktywności obywatelskich nie zrzucamy odpowiedzialności moralnej za dobro wspólne wyłącznie na polityków? Ktoś powie, że to politycy reprezentują nasze interesy. Oczywiście tak. Jednak czy nie czujemy się odpowiedzialni za losy wspólnoty (kraju) do momentu głosowania, a po wyborach nie odcinamy się od polityków? Samokrytyka czytelnika w tym miejscu jest wręcz pożądana.
 
 
 
 
Z odpowiedzialnością zarówno społeczeństwa, jak również elit politycznych wiąże się zagadnienie kompromisu i rywalizacji w polityce. Interesującą definicję kompromisu głosi historyk idei - Marcin Król: „kompromis to taki rodzaj porozumienia między spierającymi się stronami, kiedy wszyscy muszą z czegoś zrezygnować”. Rodzi się pytanie, czy kompromis nie prowadzi do konwergencji ideologicznej (rozmycia, upodobnienia) na przykład w sytuacji, kiedy zwycięskie ugrupowania w rzeczywistości parlamentarno-gabinetowej zmuszone są szukać często niewygodnych koalicjantów. Inną kwestią z pogranicza politologii i socjologii jest korelacja pomiędzy trzema elementami: temperamentność niektórych narodów (szczególnie południowych) – poziom kultury politycznej elit – ordynacja wyborcza. Temat ten pozostaje niezbadany w naukach politycznych, ale wydaje się być szalenie interesujący. 
 
 
 
Podczas debaty został zarysowany także problem rywalizacji politycznej. Punktem wyjścia jest przyjęcie, że eksponowanie pewnych założeń ideowych w polityce (dzięki jej rywalizacyjnemu charakterowi) sprawia, że sama polityka staje się czytelna i zrozumiała dla wyborcy. Stajemy na rozdrożu. Jedna droga jest pozytywna – rywalizacja w polityce pozwala określić tożsamość polityczną (rozwój samoświadomości obywateli), co w Europie Zachodniej sprzyja zwiększaniu frekwencji wyborczej (badania Jachamana i Millera – przymus i rywalizacyjność jako dwa elementy determinujące zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego). Druga droga (negatywna) – nieustanna rywalizacja, jako sposób na samookreślenie się partii (nie wyborców) na scenie politycznej (np. rywalizacja: PO-PiS) prowadzi do upodabniania się partii, co skutkuje nowym zjawiskiem: „palikotyzacji polityki”, a więc rezygnacji z poważnej debaty na rzecz nieistotnych szczegółów, często niezwiązanych z życiem politycznym. W konsekwencji spada zainteresowanie polityką. Pytanie brzmi, jak z negatywnej ścieżki przeskoczyć na pozytywną? Jaki powinien być pożądany charakter rywalizacji politycznej?
 
 
Dlaczego zorganizowaliśmy debatę na taki temat? Chcieliśmy skonfrontować dwa nurty dostrzegalne dziś w dyskursie akademickim. Z jednej strony bardzo łatwo krytykuje się politykę jako brudną grę, do której wejść mogą tylko ci, którzy są w jakimś stopniu odporni na zasady moralne. Politycy, którzy chcą zrealizować przede wszystkim swoje zamierzenia, mają często niskie pobudki. Debata na pewno sfalsyfikowała ten pogląd. Z kolei przedstawiciele drugiego nurtu widzą konieczność dialogu, wprowadzenia w dyskurs publiczny nie tylko pogardy, czy też piętnowania niechlubnych działań niektórych polityków, ale starają się zrozumieć, że relacja między społeczeństwem, a politykami - nie jest czarno-biała. Nie powinniśmy zapominać, że poziom dyskursu w polityce znajduje swoje korzenie w kulturze debaty społecznej. Debata zwróciła uwagę na to, że warto być samokrytycznym, nim zaczniemy ferować wyroki.
 
 
Szymon Kołodziej
Fotki: archiwum Koła Naukowego Politologów
 
 
Który język obcy chciałbyś doskonale znać?
 
Naszą witrynę przegląda teraz 46 gości 

 
 
 
© 2009-2014 www.eSpinacz.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.
Pomoc przy aktualizacji serwisu - Coffeewebsite.pl