Krytyka wykluczająca
Środa, 26 września 2012 12:51
Czytając recenzje filmowe można czasami odnieść wrażenie, że niektórzy krytycy niespecjalnie lubią kino. Tak jakby traktowali je jak uciążliwy obowiązek, robotę do wykonania, nie cieszyli się nim, nie emocjonowali. [Fragment tekstu nagrodzonego w konkursie MYŚLENIE NIEKONTROLOWANE]
 

 

 

Wydaje się, że piszą dla siebie, nie dla czytelników. Chętnie brylują erudycją, wiedzą, oczytaniem, ale raczej dla samego popisywania, odklejając się od dzieła, budując ścianę między tekstem a jego przedmiotem, jak i odbiorcą. To podejście i sposób pisarstwa nazwałbym „krytyką wykluczającą”. Krytyką silnie akcentującą osobę autora, ostentacyjnie przekonanego o swojej bystrości i znamienitości (….).

Przy tym temacie naturalnie przypomina mi się historia „Wielkiego błękitu”. Dzieło Luca Bessona miało premierę we Francji 11 maja 1988 roku i na początku spotkało się wręcz z szyderstwami krytyków. „Zbyt wolny, sztywny, z błędami, sztucznym, nadmiernym kadrowaniem i zalewem natarczywej muzyki”. Rzeczywiście, jeśliby spojrzeć chłodnym okiem, film ma niezbyt skomplikowaną fabułę, jest dość przewidywalny, dialogi również nie są jego bardzo mocną stroną, niektóre rozwiązania można uznać za dość niefortunne czy nawet bliskie kiczu. Dlaczego więc w samej Francji utwór tak daleki od perfekcji obejrzało ponad dziewięć milionów widzów i był obecny w kinach przez rok? A przecież to nie jest kino komercyjne, Luc Besson był daleki od takiego nastawienia: w „Wielkim błękicie” nie pojawiają się ówczesne gwiazdy (choć Mickey Rourke zaoferował młodemu reżyserowi, że może zagrać nawet za darmo), filmowa akcja nie jest najważniejsza, fabuła nie jest poprowadzona według strategii charakterystycznych dla produkcji hollywoodzkich, nie ma happy-endu (co znaczące, w absurdalny sposób został on wprowadzony w wersji amerykańskiej, oczywiście bez zgody Bessona, który razem z całą ekipą walczył o pozostawienie filmu bez zmian).

Nasuwa to myśl, że być może film miał w sobie coś, co oczarowało widzów, nawet jeśli byli nieświadomi, czym było to „coś”, a dla recenzentów, podchodzących do filmu z bagażem schematów i szufladek czekających na każdy obraz, ten nieuchwytny aspekt pozostał właśnie… nieuchwytny (...). Dla krytyków błękit pozostał zimny, ciemny i nieprzystępny. Widzowie w tym samym błękicie dostrzegli pokaźną głębię i urok. Dlaczego? „A może, po prostu, „Wielki błękit” jest pięknym filmem?”, jak pisał kilka miesięcy po premierze prostujący poprzednie oceny krytyk? (…)

Milion widzów nie czyni z „Ciacha” dobrego filmu, zresztą można zaobserwować w Polsce smutną zależność: im większe festiwalowe docenienie dzieła, właściwie tym mniejsza frekwencja (…). W poruszonym temacie chodzi mi bardziej o styl dyskursu i wyrażania sądów. To, czy dany film spodoba się konkretnemu widzowi (i w jakim stopniu) zależy od mnóstwa czynników pozafilmowych: jego samopoczucia w danej chwili, zmęczenia, poziomu koncentracji, od osób towarzyszących mu w trakcie projekcji i ich reakcji, sympatii i antypatii do obecnych w utworze aktorów, tematów, motywów, etc. Drobny detal przywołujący jakieś własne wspomnienie, wrażenie, ważną dla danego widza myśl, jeden motyw – może zadecydować o akceptacji całego filmu lub też jego odrzuceniu. Choć krytyk musi wyrażać swoją opinię, siłą rzeczy subiektywną, jednocześnie powinien być jak najbardziej otwarty na odbiór innych widzów, interpretacje różne od swoich, oceny odbiegające od jego odczuć. Także być przychylnym innym oczekiwaniom co do kina od własnych i wykazywać się wyczuciem językowym, pewnym stonowaniem, powściągliwością (co nie znaczy łagodnością) . Niestety nie zawsze tak jest.

Być może problem wynika też z tego, że krytyk piszący dla jakiegoś czasopisma nie ma wielkiego wyboru, które filmy będzie recenzował, a zazwyczaj musi recenzować wszystkie. Taki model nieuchronnie musi prowadzić do obniżenia wartości krytycznej tekstów. W dziennikarstwie muzycznym najczęściej jedna osoba zajmuje się jazzem, inna muzyką klasyczną, a jeszcze inna rockiem czy hip-hopem. Trudno, żeby sympatyk i specjalista od muzyki klasycznej pisał recenzję na przykład nowej płyty Eminema. A w dziennikarstwie filmowym czasami właśnie tak to wygląda (…). Dlaczego krytyk, który gardzi danym gatunkiem filmowym, podejmuje się pisania o nim? Przypomina to sytuację, w której osoba zajmująca się muzyką poważną z okresu klasycznego dostałaby do zrecenzowania współczesną płytę jazzową. Celowo piszą o jazzie, gdyż u swoich początków pozostawiał on wielu koneserów muzycznych należących do innej tradycji dość bezradnych, nie mając narzędzi ani języka do opisu tego nowego zjawiska, najczęściej go deprecjonowali i lekceważyli. Reakcją na coś, czego nie znamy, co wymyka się naszym możliwościom, z czym sobie nie radzimy, jest często agresja lub ignorancja (...).


W największych polskich czasopismach stanowiska od lat okupują ci sami ludzie, którzy czasami, między setkami konsumowanych filmów, zatracili gdzieś świeżość spojrzenia, ciekawość kina, otwartość na innowacje, zaskoczenia, radość z obcowania z dziełem filmowym, ograniczając się do sztywnej analizy przy użyciu wypracowanych dawno temu narzędzi, nie będących adekwatnymi dla wszystkich filmów. Mówiąc żartem: może by tak więcej czucia i wiary, zamiast szkiełka i oka?

Tomasz Klimala


TOMASZ KLIMALA został wyróżniony w konkursie MYŚLENIE NIEKONTROLOWANE 2012 w kategorii "Media" - za fachowość analizy.
 
 
Który język obcy chciałbyś doskonale znać?
 
Naszą witrynę przegląda teraz 106 gości 

 
 
 
© 2009-2014 www.eSpinacz.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.
Pomoc przy aktualizacji serwisu - Coffeewebsite.pl