Na egzamin: więcej luzu!
Środa, 02 lutego 2011 19:18
Rozmowa o egzaminach z dr. Michałem Kaczmarczykiem, politologiem, wykładowcą Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu i Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
  
  
.
 
 
 
 
 
 
Przemysław Ruta: Czy pamięta Pan swój pierwszy egzamin na studiach?
Dr Michał Kaczmarczyk: Oczywiście! Pierwsza sesja okazała się dla mnie piekielnie stresująca, bo była czymś zupełnie nowym, a w dodatku tydzień przed rozpoczęciem egzaminów złapałem grypę. Walczyłem więc nie tylko z socjologią i logiką, ale także z gorączką, bólem gardła i innymi równie niesympatycznymi dolegliwościami. Jakoś jednak przeżyłem pierwszy egzamin, który obejmował podstawy socjologii. Profesor Janusz Sztumski, który miał nas egzaminować, nie należał do grona wykładowców, których należało się szczególnie bać. Był wymagający, ale bardzo życzliwy i spotkanie z nim nie przyprawiało o gęsią skórkę. Mimo wszystko przeżywałem stres, gdyż egzamin z socjologii był pierwszym egzaminem sesyjnym w moim życiu. Nie do końca wiedziałem „z czym się tę uczelnianą sesję je” i jak sobie poradzić w starciu z Profesorem i jego wiedzą. Ostatecznie okazało się, że egzamin przeprowadzała asystentka Profesora – przemiła pani doktor, z którą mieliśmy ćwiczenia. Znaliśmy się z zajęć, stres na egzaminie był więc mniejszy. Zdałem na 5.
 
 
P.R.: Mimo grypy…
M.K.: Grypa wpłynęła na wynik drugiego egzaminu – z logiki. Tu było już tylko 4. Ale nie tylko z powodu grypy. Do dziś nie mogę zrozumieć, że jeśli x nie jest p to jest q...
 
 
P.R.: Który egzamin kosztował Pana najwięcej nerwów?
M.K.: Wskazałbym na dwa. Pierwszy, u prof. Jana Przewłockiego, obejmował zagadnienia z historii powszechnej XIX i XX wieku. Tego egzaminu wszyscy się bali, gdyż statystyki zdawalności nie były wysokie. Dużo materiału, wysokie wymagania, a do tego niezwykle silna osobowość Profesora – to wszystko powodowało, że wielu studentów zaliczało wpadkę. Wykłady z historii były niezwykłe! Profesor ma charyzmę, potrafi mówić o przeszłości interesująco, z pasją, przeplatając wykłady dziesiątkami żartów, anegdot, historii z własnego życia. Ale jest przy tym piekielnie wymagający, konsekwentny, stanowczy. W gabinecie Profesora stoi taki duży, pluszowy fotel dla studentów. Siadając w nim, człowiek ma wrażenie, że zapada się w jakąś głębię. W trakcie egzaminu czułem, że utonąłem nie tylko w fotelu, ale także w morzu dat, nazwisk, faktów. Po pierwszym pytaniu czułem totalną pustkę. Tylko cud sprawił, że jakoś się pozbiegałem i zacząłem mówić. Mówiłem i marzyłem, by usłyszeć magiczne „dziękuję”. Ale „dziękuję” nie padało, profesor drążył, dopytywał, dyskutował, czekał na ciąg dalszy. Opowiadałem więc o trójprzymierzu, wojnach bałkańskich, a gardło robiło mi się coraz bardziej szorstkie... Dziś, z perspektywy czasu, czuję satysfakcję, że profesor Przewłocki miał ochotę nie tylko mnie odpytać, ale także ze mną podyskutować.
 
 
P.R.: Mówił Pan o dwóch stresujących egzaminach...
M.K.: Drugim był egzamin u prof. Sylwestra Wróbla z przedmiotu „Współczesne teorie polityki”. To bez wątpienia najtrudniejszy egzamin w ciągu całych studiów. Materiał jest wyjątkowo skomplikowany, abstrakcyjny, a do tego podawany nie dla wszystkich strawnym językiem. Wchodząc na ten egzamin, modliłem się, by nie dostać pytania o metody ilościowe w nauce o polityce. Każde pytanie, które miało w sobie choćby pierwiastek matematyczny, było dla mnie zabójcze. Do dziś jestem totalnym matematycznym dyletantem, który kupując w warzywniaku truskawki rysuje proporcję, by obliczyć, ile kosztuje 20 dag. Oczywiście pierwsze pytanie, jakie padło, dotyczyło metod ilościowych. Drugie było równie kosmiczne: taksonomia zjawisk politycznych.
 
 
P.R.: Zdał Pan?
M.K.: Na szczęście tak. Na 4. Muszę się pochwalić, że na studiach nigdy nie miałem żadnej poprawki. Choć raz dwója w indeksie była blisko. Oczywiście z przedmiotu, który w dużej mierze opierał się na matematyce: z ekonomii.
 
 
P.R.: Czy podczas Pana egzaminów dochodziło kiedykolwiek do niecodziennych, zabawnych sytuacji?
M.K.: Oczywiście! Miałem przyjemność studiować u wielu profesorów z niezwykłą osobowością, którzy nie tylko na wykładach, ale i na egzaminach robili swoiste show. Prof. Joachim Liszka śpiewał fragmenty międzynarodówki i parodiował Adolfa Hitlera, a profesor Marian Mitręga opowiadał pikantne dowcipy. Pamiętam też zaliczenie z geografii politycznej. Do gabinetu profesora wszedłem około 19.00, a skończyłem odpowiadać przed 22.00. O przedmiocie rozmawialiśmy może 10 minut. Poza tym dyskutowaliśmy na temat historii PRL, lustracji, polskiej kuchni, wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą i... urody Czeszek.
 
 
P.R.: Dziś jest Pan po drugiej stronie barykady. Też opowiada Pan pikantne dowcipy?
M.K.: Bardzo często. Staram się rozładować atmosferę, rozchmurzyć studentów. Egzamin zawsze jest stresujący, żart może pomóc. Choć bywa i tak, że studenci rozbawiają mnie, np. swoimi odpowiedziami. Studentka zapytana o nazwisko marszałka Sejmu RP z uśmiechem niewinnego dziecka wypaliła: Jan Kulczyk. Pewien student na egzaminie ze stosunków międzynarodowych z Winstona Churchilla zrobił Chińczyka o dziwnie brzmiącym nazwisku ChungChiCho. Swój błąd tłumaczył zdenerwowaniem. Pewna pani nie była pewna czy Irlandia leży w Europie, a stolicą Bośni w jednej z odpowiedzi okazała się Hercegowina. Nie mówiąc już o tym, że według niektórych studentów Wrocław leży nad Dunajem, Joseph Goebbels był pierwszym sekretarzem Komunistycznej Partii Chin, a Roman Giertych zakładał PZPR.
 
 
P.R.: Jak Pan reaguje na tego rodzaju odpowiedzi?
M.K.: Staram się zachować powagę, ale bywa, że pękam i wybucham. Po odpowiedzi, że Churchill był Chińczykiem popłakałem się ze śmiechu. Ale rekord świata pobiła studentka na pewnym egzaminie z języka polskiego (nie był to mój egzamin). Pani otrzymała pytanie: „Archaizmy w Bogurodzicy”. Nie radziła sobie z odpowiedzą, więc egzaminator jej podpowiada: „Archaizmy, droga pani, to takie wyrazy, które wyszły z użycia”. Na to rozradowana studentka: „Wiem, wiem, dziewica!”...
 
 
P.R.: Jaka jest recepta na pozytywne zaliczenie sesji?
M.K.: Każdy ma własną receptę. Nie będę zbyt oryginalny, jeśli powiem, że popłaca systematyczność. Są takie egzaminy, do których naprawdę nie da się przygotować w jedną noc. Jako student zawsze wolałem uczyć się z większym wyprzedzeniem, ale za to poświecić na czytanie podręcznika godzinkę, a nie sześć czy dziesięć godzin dziennie. Nie polecam też nauki w ostatnią noc przed egzaminem. Rano człowiek jest totalnie zmęczony, wszystko się miesza, efekt bywa odwrotny od zamierzonego. Moje rady: więcej dystansu (niezdany egzamin to nie koniec świata), więcej spokoju przed egzaminem, mniej wkuwania, więcej myślenia. I nie wmawiać sobie przed wejściem do profesorskiego gabinetu, że zaraz dostaniemy to pytanie, które nas przeraża (np. o metody ilościowe w politologii). Grunt to pozytywne nastawienie!
 

P.R.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Przemysław Ruta

 

--- 

Dr Michał Kaczmarczyk – absolwent politologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, wykładowca Uniwersytetu Śląskiego oraz prorektor Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu. Prowadzi zajęcia m.in. z teorii komunikowania masowego, mediów lokalnych i środowiskowych, teorii kultury i proseminarium dziennikarskiego. W okresie studiów jeden z laureatów konkursu Primus Inter Pares na najlepszego studenta Rzeczpospolitej Polskiej. W 2006 roku – w wieku 25 lat - obronił pracę doktorską z filologii polskiej, zostając najmłodszym doktorem nauk humanistycznych w Polsce.

 
 
Który język obcy chciałbyś doskonale znać?
 
Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 

 
 
 
© 2009-2014 www.eSpinacz.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.
Pomoc przy aktualizacji serwisu - Coffeewebsite.pl